04/06/2026
690 680 960

Rozmowa z ordynatorem Andrzejem Kaciubą – twórcą jedynego tego typu w Polsce i w Europie Oddziału Detoksykacyjnego, którego dalszy byt jest dziś niepewny

W minionym tygodniu w mediach nagłośniona została bardzo niepokojąca kwestia dotycząca przewidywanej likwidacji lub niekorzystnej dla zdrowia wielu osób reorganizacji kolejnej jednostki ochrony zdrowia. Pomimo enigmatycznych zapewnień decydentów o braku zakusów na istnienie Oddziału Detoksykacyjnego dla Osób Uzależnionych od Substancji Psychoaktywnych w Szpitalu Neuropsychiatrycznym im. Prof. Mieczysława Kaczyńskiego w Lublinie (ul. Abramowicka 2), niepokój pacjentów i pracowników oddziału trwa.  

W sobotę pojawiła się nawet w Internecie petycja zamieszczona przez zaniepokojonych i zdezorientowanych pacjentów oddziału, mająca na celu jego obronę, czyli zachowanie obecnego status quo: Sprzeciw wobec restrukturyzacji lub zamknięcia Oddziału Detoksykacyjnego dla Osób Uzależnionych od Substancji Psychoaktywnych w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Lublinie

Pan Doktor Andrzej Kaciuba od wielu lat pełni funkcję ordynatora Oddziału Detoksykacyjnego dla Osób Uzależnionych od Substancji Psychoaktywnych w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Lublinie. Jest jednocześnie twórcą unikatowego na skalę światową „Programu metadonowego” i jego kierownikiem w Lublinie, pracownikiem Ośrodka Leczenia Uzależnień przy ul. Mieczysława Karłowicza, jak również pod względem medycznym obsługuje Ośrodek Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień Stowarzyszenia „Monar” w Kozicach Dolnych.

Od redakcji: program metadonowy – to forma terapii substytucyjnej dla osób uzależnionych od opioidów, która polega na kontrolowanym podawaniu metadonu (silnego syntetycznego leku opioidowego, używanego do leczenia bólu oraz uzależnienia od heroiny i morfiny) w celu redukcji szkód zdrowotnych i społecznych. Metadon łagodzi objawy odstawienne i głód narkotykowy, stabilizując pacjenta, a program obejmuje też nieodzowne wsparcie terapeutyczne. Uczestnictwo w programie wymaga pełnoletniości i kwalifikacji lekarskiej. 

Jest Pan, Panie Doktorze, z wykształcenia lekarzem psychiatrą, ale skąd wzięło się takie ukierunkowanie Pańskiej drogi zawodowej, któremu jest Pan wierny od wielu lat? 

– Najogólniej mówiąc, zajmuję się narkomanią. Gdy rozpoczynałem pracę w 1981 roku w ówczesnym Szpitalu Psychiatrycznym w Lublinie (w Abramowicach), a więc jeszcze nie tylko w PRL-u, lecz też przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego, na różnych oddziałach tej placówki przebywali narkomani. Tak naprawdę „plątali” się oni po szpitalu i nikt się nimi nie zajmował pod względem ukierunkowania na ich uzależnienia. Ale wtedy w Polsce już dużo mówiono o narkomanii, organizowano szkolenia dla pracowników służby zdrowia. Odbyłem zatem kilka z nich i zacząłem wnikliwie interesować się osobami uzależnionymi. Ten fakt pokrył się w czasie w dyrektywą ówczesnego Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej, nakazującą wydzielenie łóżek dla osób uzależnionych. Wtedy z kolei, ponieważ byłem już przeszkolony, mój ordynator zgodził się, abym zajął się zorganizowaniem takiego Pododdziału Detoksykacyjnego w ramach Oddziału Psychiatrycznego. Był rok 1983. A 5 lat później, 5 lutego 1988 r., wydzielony został już autonomiczny Oddział Detoksykacyjny. Początkowo mieliśmy na nim tylko 6 miejsc, dziś mamy ich 20. A ostatnio stałych pacjentów na naszym oddziale było aż 25, z których 5 z braku miejsc (przy wielkim zapotrzebowaniu) przebywała na materacach rozmieszczanych to tu, to tam na oddziale. Na przestrzeni minionych lat obraz narkomanii też mocno się zmieniał.

Na czym polega uzależnienie i jak ono się rozwija?

– Początkowo wszystko zaczyna się od „okazjonalnego próbowania”. W okresie eksperymentowania przez daną osobą, to nie jest problem. U dzieci i młodzieży stosunkowo wcześnie zaczynamy rozpoznawać uzależnienie, lecz wtedy zachodzi to jeszcze w ramach zaburzeń zachowania. To tzw. zachowania ryzykowne, których każdy z nas kiedyś doświadczał. I jeśli dawniej młody człowiek musiał dużo czasu poświęcić na zorientowanie się w kwestii substancji psychoaktywnych, to dziś ten sam młody człowiek wszystko znajduje w okamgnieniu w Internecie. Ale jest to tak czy owak etap eksperymentowania. I nie każdy, kto spróbuje narkotyków, od razu staje się narkomanem. Tylko ok. 10% z tych osób popada w istocie w nałóg. Lecz wiele jednostek w ten sposób załatwia różne swoje problemy, czasem ma to zjawisko charakter samoleczenia. Ludzie prezentujący skłonności do zaburzeń psychotycznych bardzo chętnie pozostają na opiatach [naturalne alkaloidy pozyskiwane z soku mlecznego niedojrzałych makówek maku lekarskiego (opium), do których zalicza się morfinę, kodeinę, tebainę, narkotynę i papawerynę – red.]. Gdy w XIX w. ktoś był bardzo bogaty, a miał taką potrzebę, wysyłał chorego psychicznie na kurację opiumową do Indii, aby tam go ratowano. A dziś pacjenci, którzy są już uzależnieni od opiatów (dawniej „kompot”, teraz heroina, oksykodon, fentanyl), to gdy osiągają stan abstynencji, wtenczas pojawia się u nich psychoza. Osoby depresyjne chętnie sięgają po stymulanty poprawiające ich nastrój, osoby lękowe – po benzodiazepiny [grupa silnych leków psychotropowych o działaniu przeciwlękowym, uspokajającym, nasennym i przeciwdrgawkowym, działających poprzez ośrodkowy układ nerwowy – red.]. Taka sytuacja ma najczęściej charakter samoleczenia. Po pierwszym – najbardziej niebezpiecznym okresie próbowania wszystkiego, eksperymentowania chaotycznego i bez wyboru, najczęściej dochodzi do przedawkowań i zgonów. Bowiem osoby te nie wiedzą, co i ile należy brać, więc w ich przypadkach najczęściej dochodzi do zatruć i niezwykle poważnych konsekwencji.

Czy zatem takie osoby dostają od razu od życia wyroki śmierci?

– Nie, absolutnie nie. Znacznie bezpieczniejszy jest systematyczny ciąg o stałych dawkach, który tworzy stan stabilny dla danego pacjenta. I tu bardzo rzadko dochodzi do zgonów. Lecz po fazie eksperymentów następuje często faza używania szkodliwego, gdy zaczynają się problemy tych osób związane z używaniem przez nie różnych środków psychoaktywnych. Ta faza już wiąże się z koniecznością ukierunkowanej interwencji na używanie narkotyków. Jeśli jednak ta pierwsza faza, faza eksperymentów, jest sygnałem, że z dzieckiem coś należy robić (bo to głównie dzieci eksperymentują, dorośli już o wiele rzadziej, choć i po 50-tce zdarzają się osoby zaczynające używać stymulanty w związku ze zbytnim obciążeniem pracą i koniecznością stania się zdolnym do wykonywania zwiększonych swoich obowiązków, nierzadko ponadnormatywnych), to w odniesieniu do tego młodego człowieka potrzebny jest zazwyczaj psychiatra, a jeszcze częściej – zajęcie się najpierw jego rodzicami, rodziną – bo jednak pierwotnie należy znaleźć błędy w wychowaniu, zmienić funkcjonowanie rodziców w stosunku do dzieci. A po tej fazie pierwszej, eksperymentalnej, następuje już ta najgorsza, najbardziej szkodliwa, gdy dla człowieka nie istnieje już nic więcej, tylko konieczność użycia narkotyku, który jest dla niego tym, co gwarantuje mu dobre samopoczucie. Bo wszystkie środki psychoaktywne gwarantują dobre samopoczucie. A pęd dzisiejszego świata jest w takim kierunku, że każdy musi nie tylko dobrze czuć się, ale nawet – świetnie!

Skąd wzięły się w ogóle narkotyki, moda czy potem konieczność ich stosowania?  

– Ludzie zawsze próbowali różnych rzeczy – podpatrywali ptaki, inne zwierzęta: co one jadły, to i człowiek próbował, ale starał się to robić bezpiecznie, aby nie zatruć się. No i okazało się, że niektóre substancje, niektóre owoce, nasiona mają jakieś dziwnie dobre właściwości. A ludzie po ich skonsumowaniu zaczynają się dziwnie dobrze czuć, są bardzo zadowoleni. I tu zaczyna się rola władzy: zawsze był jakiś szaman, jakiś przywódca, król, który koniecznie chciał dyktować podwładnym, kiedy mogą się dobrze czuć. W różnych rejonach świata różne rośliny dawały człowiekowi owo zadowolenie. W Europie były to winogrona, które gniły, fermentowały… I tak powstało wino. Tylko należy pamiętać, że to władca miał wyłączne prawo do dysponowania danym środkiem. A jeśli ktoś nielegalnie wszedł w jego posiadanie, był wykluczany z grupy, czasem skazywany na śmierć. W Ameryce Południowej były to liście koki, w Indiach – konopie indyjskie, w krajach Złotego Trójkąta [Mjanma (Birma), Tajlandia, Laos – red.] – mak, a w Ameryce Północnej – tytoń. Trzeba pamiętać, że te wszystkie środki będące jednocześnie lekami, powodowały, iż człowiek po ich spożyciu nie tylko czuł się dobrze, lecz także dysponował zwiększoną wydajnością pracy, działały one  przeciwbólowo, a każdy władca, każdy szaman pilnował, aby taki ”interes” nie wymknął się mu z rąk. On decydował kiedy, komu i w jakim celu to dać. I gdy tylko zaczęto odkrywać nowe regiony, podróżować, handlować, to te środki też przewożono do innych regionów, gdzie danych substancji nie było. I miejscowa władza poczuła się zagrożona, że nagle pojawiało się coś, nad czym ona nie panowała i nie ona decydowała, kiedy ludzie dobrze się czuli. A do tego wszystkiego również zaczęła uzurpować sobie prawa też i religia.

Czy zatem narkotyki i są, i jednocześnie… nie są szkodliwe?

– Kopie indyjskie wcale nie są bardziej szkodliwe niż alkohol, kokaina również. Ojciec nowożytnej medycyny – Paracelsus – jeszcze pod koniec XV w. powiedział, iż wszystko może być jednocześnie i lekiem, i trucizną, a zależy to od dawki i okoliczności stosowania. A dziś straciliśmy w zasadzie wszelką kontrolę nad używaniem – w sumie to – leków. Restrykcje w odniesieniu do stosowania narkotyków spowodowały rozwój dopalaczy, w odniesieniu do których tak naprawdę to nikt nie wie, co to jest, jak działa i jakie będą efekty ich zażywania. I dlatego na Oddziale Detoksykacyjnym nie trafiają się nam pacjenci uzależnieni od dopalaczy. Takie osoby od razu albo trafiają z ostrym zatruciem na toksykologię (Oddział Zatruć), albo na Oddział Psychiatryczny, gdyż mają już nieodwracalne organiczne uszkodzenia mózgu, a oni sami mówią, że mają „porąbany mózg”. Narkomania – to całkowita zmiana stylu życia, zanik potrzeb i ukierunkowanie się jedynie na dobre samopoczucie, na ten środek, który daje zadowolenie. A w wypadku jego braku pojawia się bardzo gwałtowny zespół abstynencyjny – bóle, wymioty, biegunka – co prowadzić może do śmierci. Podobnie jest przecież i w wypadku zatruć alkoholowych – delirium tremens (majaczenie alkoholowe) – których ok. 20% kończy się śmiercią.

Czy chce Pan Doktor powiedzieć, że alkohol nie jest wcale mniej groźny od narkotyków?

– Tak, to ten bardzo legalny u nas alkohol. Znaczenie więcej osób umiera w Polsce na skutek używania alkoholu niż z powodu narkotyków. A są to nieporównywalne liczby.

I jak zatem należy leczyć uzależnienia od narkotyków?

– Mówiłem już o naszym Oddziale Detoksykacyjnym, ale równocześnie z nim powstawały poradnie, czyli placówki ambulatoryjne. Była to kiedyś poradnia Monaru na ul. Wyszyńskiego, poradnia na ul. Karłowicza, poradnia przy Szpitalu Psychiatrycznym i szereg innych organizacji prowadzących poradnictwo ambulatoryjne (np. „Agape” na ul. Bernardyńskiej). Lecz ludzie bardzo rzadko korzystają z tego rodzaju poradnictwa. Bo kierują się rozpowszechnioną, choć nie zawsze słuszną opinią, zgodnie z którą, jeśli pacjent trafi do szpitala, to się wyleczy. A uzależnienie jest – jak wiadomo – chorobą przewlekłą o charakterze nawrotowym z okresami remisji i nawrotów. I nie jest to absolutnie prawdą, że każda osoba uzależniona musi trafić do szpitala. Bardzo często pomijany jest właśnie ten pierwszy etap, a ogromnie dużo zależy od  pierwszej interwencji – czy można pomóc mu ambulatoryjnie, czy choroba wymaga jednak leczenia szpitalnego. Ale sam szpital w sumie nie leczy, gdyż uzależnienia nie da się leczyć tylko tabletkami.

I chyba w tych ostatnich wydarzeniach, które znalazły wyraz w mediach, ten właśnie aspekt został uwypuklony – że niektórzy decydenci najprawdopodobniej uważają, iż wystarczą tabletki na innych oddziałach szpitalnych, a zbyteczne jest to, co Państwo robicie ze swymi pacjentami na Oddziale Detoksykacyjnym, gdzie pracują także psychoterapeuci, a więc nie „rasowi” lekarze?

– Twierdzenie, iż jakiekolwiek uzależnienie da się wyleczyć tabletką, to zwykłe oszustwo, oszustwo człowieka chorego, nierzadko pod groźbą śmierci. Musimy powiedzieć otwarcie i głośno: bez psychoterapii, bez wykwalifikowanych terapeutów nie istnieje leczenie uzależnień. To nie jest absolutnie tak, że uzależniony człowiek pójdzie na jedną wizytę i wszystko mu się od razu zmieni. Tylko musi on przewartościować całe swoje dotychczasowe życie i od początku je sobie ułożyć. Nasz ośrodek jest jedynym na tym polu działań. Pieniądz nie może przyćmić utraty człowieka z pola widzenia. Traktowanie wyrywkowo tylko jednego etapu – to marnowanie pieniędzy i publicznych, i prywatnych. Należy pamiętać, że wyleczenie zespołu abstynencyjnego nie jest leczeniem uzależnienia, a jest to po prostu leczenie przysłowiowego „kaca”. I jeśli dziś wyleczyliśmy owego kaca, a nie ma dalej nic, żadnego dalszego leczenia, to znów po chwili będzie to samo. I doprowadzi do tragedii.

Jak zatem lekarze, specjaliści, terapeuci powinni postępować z pacjentem uzależnionym?

– Trudno to wyegzekwować od pacjentów, ale faktycznie tak jest. Często na nasz oddział trafiają pacjenci ze skierowaniem od lekarza rodzinnego, lecz jest to niesłuszne, gdyż faktycznie lekarze rodzinni nie mają w tym kierunku żadnego szkolenia, aby takie właśnie skierowanie do nas wystawiać. Jeszcze 15-20 lat temu ci lekarze byli szkoleni i widzieli, co robić z pacjentem z uzależnieniem. Dziś – pieniądz rządzi światem – zatem i szkoleń takich już nie ma. Nawet psychiatrzy udający się na egzamin specjalizacyjny, przychodzą do mnie po wiedzę z zakresu uzależnień, gdyż i oni takich szkoleń wcale nie mają, więc skąd mają wiedzieć, co to takiego jest? Nawet wydaje się im, iż gdy pacjent uzależniony zaczyna wchodzić w zespół abstynencyjny, to od razu leży związany, szalejący. A to zupełna nieprawda. Jeśli nasz pacjent jest prawidłowo prowadzony – przez naszych wykwalifikowanych terapeutów – przy jego zespole abstynencyjnym, to jest on bardzo aktywny, jest dobrze leczony. Reasumując: pacjenci z uzależnieniem powinni przede wszystkim trafić i do psychologa, i do psychiatry (jak np. w poradni na ul. Karłowicza) – trzeba szczegółowo zaplanować leczenie. Może to być młody człowiek, którego najpierw rodziców trzeba wezwać i wytłumaczyć im, aby zajęli się przede wszystkim sobą, swoją rodziną. Mamy choćby takie doświadczenie, że w poradni młodzieżowej na ponad 150 pacjentów w pierwszym roku funkcjonowania placówki, tylko 1 pacjent został przekazany do dalszego leczenia, a w wypadku pozostałych wystarczyło najpierw „ustawić rodziców”. I nie jest to absolutnie zła wola samych pacjentów. Lecz ich stan wynika z warunków, w jakich oni żyją w środowisku rodzinnym, szkolnym, rówieśniczym. I właśnie na tym etapie wspólnie z pacjentem powinno być zaplanowane leczenie, które on winien zaakceptować. A taki proces trwa nie jedno spotkanie, dwa czy nawet trzy, cztery, lecz znacznie dłużej, gdyż to pacjent musi odpowiedzieć sobie na pytanie, po co ma on odstawić narkotyki. I nie „dlaczego”, lecz właśnie „po co”? A to jest wielka różnica. I zgodnie z dyrektywą Światowej Organizacji Zdrowia ma się on czuć dobrze fizycznie, psychicznie i społecznie. A to dają pierwsze wizyty u psychologa w poradni ambulatoryjnej, gdzie pacjent musi odpowiedzieć sobie na pytanie, po co ma on zamienić dotychczasowe branie narkotyków na ich niebranie, odstawienie. Czy tylko dla zasady? Skoro po narkotykach czuje się on dobrze, to dlaczego to psuć? Przecież jeśli idziemy na drinka w celu dobrego samopoczucia, to potem nikt nie każe się nam leczyć. To właśnie pacjent musi znaleźć odpowiedź na daną kwestię, to musi być jego odpowiedź. Musi być on świadomy, musi wiedzieć, po co to wszystko ma być robione. I jeśli wymaga detoksykacji, to dopiero wtedy musi być skierowany na nasz oddział. A tu, w pewnych wyjątkowych warunkach i zgodnie z moim autorskim programem, przedłużamy detoksykację nawet do kilku miesięcy, aby objawy odstawienne były jak najmniej dotkliwe. Są to tzw. objawy przedłużone. Dany zaś zespół abstynencyjny jest nie do wytrzymania, więc dlatego tak znacznie wydłużamy detoksykację.

I na czym w tym momencie polega rola waszego Oddziału Detoksykacyjnego?

– W ten sposób pacjent przechodzi na naszym oddziale z jednego etapu na drugi, choć nie zawsze świadomie, gdyż cały czas pozostaje on pod pewnym wpływem środków odurzających, zawężających jego świadomość, zmieniających jego myślenie, priorytety, cele, wyobrażenie o życiu. U nas pacjent przechodzi na etap trzeźwego myślenia. I jeśli w tym momencie zaniedbamy pracę, rolę terapeutów, jeśli ich pozbędziemy się, to po co taki pacjent ma się kłaść do szpitala? Po to tylko, aby wziąć dwie tabletki dziennie? Na to szkoda byłoby pieniędzy. U nas – przynajmniej dziś jeszcze, przed ewentualną reorganizacją, przed nieskonkretyzowanymi do końca „środkami naprawczymi” –  następuje intensyfikacja leczenia. Bo przecież spotkania w poradni są raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie, a do tego obejmują one krótki okres. Zaś na naszym oddziale mamy pacjenta przez 24 godziny na dobę. Pacjenta, który nagle zaczyna się źle czuć. Ja zawsze mówię pacjentom, że jestem dla nich tym złym człowiekiem, który raz na zawsze odbiera im ich dobre samopoczucie. I jeszcze informuję ich, że to oni muszą i wybrać, i zaakceptować to. A przecież każdy zawsze chce się dobrze czuć. No i tak naprawdę nikt o przyszłości nie myśli. I przyszłość naszego oddziału, zrządzeniem losu, też stoi dziś pod znakiem zapytania…

No ale decydenci twierdzą, że nie są podjęte, przynajmniej na razie, żadne definitywne rozstrzygnięcia…

– Niby tak. Ale atmosfera nie jest dobra: i pacjenci to czują, i my to czujemy. Nasz oddział powstał jeszcze w PRL-u. Zmieniały się jego nazwy, lecz pracowaliśmy i nadal jeszcze – póki co – pracujemy dla dobra pacjentów, ratujemy im ich życie. Polska Ludowa dostrzegała potrzebę nie tylko istnienia naszego oddziału, ale i jego rozwoju. A dziś? Dziś, niestety, ale wracamy do jeszcze głębszego okresu społecznego zniewolenia, do lat 70. ubiegłego stulecia. Ale pragnę pochwalić się innymi faktami: otóż w województwie lubelskim mamy unikalny, w pełni zorganizowany system, który zaspokaja wszelkie potrzeby osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych i od leków. Nawet na pewnej prestiżowej konferencji międzynarodowej zostało zauważone, że w całej Unii Europejskiej tylko nasze województwo za sprawą właśnie naszego Oddziału Detoksykacyjnego posiada pełny system leczenia uzależnień: od wstępnej interwencji, poprzez detoks, poprzez skierowanie pacjenta następnie czy to do poradni, czy do ośrodka, czy do programu substytucyjnego [forma leczenia uzależnień od opioidów (np. heroiny), polegająca na podawaniu substancji zastępczych, takich jak metadon lub buprenorfina; celem jest stabilizacja zdrowia, redukcja szkód, zniesienie objawów głodu narkotykowego oraz reintegracja społeczna pacjenta pod ścisłą kontrolą lekarską – red.]. Jest to pełny system przywracania chorego pacjenta społeczeństwu. Bogami nie jesteśmy, nieśmiertelności nie dajemy. Ale możemy poprawić jakość życia i przedłużyć je. I właśnie na naszym oddziale wszystko ku temu mamy. Jeszcze mamy…

Jakie potencjalne szanse na ewentualne wyzdrowienie ma narkoman, oczywiście przy założeniu, iż świadomie chce zerwać z nałogiem?

– Ja mówię o trzech drogach: ci, którzy trafiają na pierwszą z nich – do ambulatorium, a ono wystarcza w ich przypadku, podejmują tę trzeźwą decyzję, świadomą drogę i wracają z powrotem do normalnego życia. Na drugą drogę – do ośrodka typu „monarowskiego” – idą ci, którzy już na tyle stracili w życiu, iż trzeba im odbudować podstawowe czynności, które uległy u nich zaburzeniu. No i trzecia droga – substytucja [Program Terapii Substytucyjnej – red.], też będąca leczeniem ambulatoryjnym – jest ona przeznaczona dla tych, którzy pomimo podejmowania różnych prób, wracają do używania narkotyków. Są oni przekładem nawrotowego charakteru choroby. Ale to nie jest „skreślenie pacjenta” i skazanie go na „ćpanie do końca życia”. Przy pomocy środków, które nie dają objawów odurzenia, dajemy pacjentowi kolejną szansę na to, aby nie będąc narażonym na złe samopoczucie, mógł on dalej pracować, jeździć samochodem. Jedna trzecia pacjentów powraca do zwykłego życia, są oni zdolni do pełnego powrotu: wywiązują się z obowiązków, zakładają firmy, pełnią kierownicze funkcje. Ale są też tacy, którzy, cieszymy się, iż po prostu żyją. Gdy rozpoczynałem pracę w latach 80. ubiegłego stulecia, mówiono, że narkomani zazwyczaj nie dożywają 40 lat, z dziś mamy narkomanów nawet powyżej 70. roku życia. Ale są to ludzie, którzy ze względu na swe doświadczenia życiowe, na poniesione straty, są już dziś w zasadzie samotni. A to implikuje kolejne problemy. Rozwijaliśmy i nadal rozwijamy różne formy leczenie. Pracowała i pracuje nad tym cała armia specjalistów, wolontariuszy, nie tylko ja. Celebrytami nie jesteśmy, raczej można nas porównać do ciężko pracujących cieni, które starają się, aby pomóc naszym pacjentom. I jestem dumny z takich przypadków, gdy osoba, która ze względu na swoje wcześniejsze uzależnienie od narkotyków nie pracowała 15-20 lat, a teraz po naszym leczeniu powraca do społeczeństwa, jest dobrym fachowcem i zarabia nawet miesięcznie 8000-9000 zł. Takie są nasze sukcesy.

Od redakcji (za stroną internetową Poradni Terapii Uzależnienia w Lublinie, Al. Tysiąclecia 5):

Istota terapii substytucyjnej polega na dostarczaniu organizmowi metadonu w ściśle kontrolowanych ilościach. Możliwe to jest ze względu na określone właściwości tej substancji, które umożliwiają bezpieczne zastąpienie nią typowych narkotyków. Metadon niweluje uczucie głodu narkotycznego, który jest głównym powodem powrotu do nałogu, a jego stała dawka blokuje ponadto efekt euforyzujący lub uspokajający. Dlatego każda próba złamania abstynencji dodatkową dawką opiatów nie przynosi oczekiwanych rezultatów w zmianie nastroju. Nie pojawia się także zjawisko tolerancji, a przez cały okres kuracji dawką metadonu pozostaje niezmienna. Pacjenci przyjmują lek doustnie, raz na dobę. Ustabilizowane, systematyczne przyjmowanie środka zastępczego umożliwia im prawidłowe funkcjonowanie w społeczeństwie. Warunkiem koniecznym do przystąpienia do leczenia substytucyjnego jest rozpoznanie u danej osoby uzależnienia od opiatów, a także nieskuteczność innych form leczenia. Najczęściej włączanie metadonu do leczenia odbywa się w trakcie hospitalizacji, często połączonej z detoksykacją. Stabilny poziom substytutu osiąga się po kilku dniach jego przyjmowania.

Czy Pan i Pański Zespół odnieśliście sukces na tym polu?

– Jak już wspominałem, choroba naszych pacjentów ma charakter nawrotowy. Jeśli takiej osobie gdzieś powinie się noga, to nie jest to absolutnie powodem do rezygnacji z niej, do niepodania jej po raz kolejny pomocnej ręki. Ja nie odwracam się od pacjenta, jeśli potknie się. Ale mogę to zrobić, gdy nic z tym on nie robi… I uczę swoich pacjentów, że jeśli tylko potkną się, to natychmiast muszą wrócić na nasz oddział, a my zaczynamy wszystko od początku. Ale muszą sami powrócić, bo my za nich tego nie uczynimy. Wielkim moim szczęściem był fakt, że po uruchomieniu programu metadonowego, polegającego na wprowadzaniu do organizmu substytutu zamiast narkotyku, miałem możliwość zebrania wszystkich czynnych narkomanów z całego województwa lubelskiego i objęcia ich tym programem. I natychmiast skończyła się produkcja „kompotu”. Ci, którzy zakosztowali tego swoistego dobrodziejstwa, przekazywali informacje o naszych działaniach w swym środowisku. Napływali do nas kolejni potrzebujący pomocy. A my odnieśliśmy wielki sukces, gdyż mieliśmy 20-letnią przerwę w używaniu opiatów w naszym województwie. 20 lat bez nowych narkomanów – to mamy się czym pochwalić!

A od kogo, od czego zależy ten sukces? Od pracy, od jakich działań podejmowanych przez jakich specjalistów? Czy w tej grupie są również lekarze?

– To są głównie terapeuci. To należy jednoznacznie podkreślić! Ale też psychologowie. No i… ja – jako doktor psychiatra. Ale bez wsparcia innych, w tym i „rasowych” lekarzy, nasz sukces nie zaistniałby aż w tak wielkim wymiarze. Myślę tu o Instytucie Psychiatrii i Neurologii, o Krajowym Biurze ds. Przeciwdziałania Narkomanii. Z tymi podmiotami bardzo blisko współpracowałem przy uruchamianiu programu metadonowego, jeździłem na liczne szkolenia, dzieliliśmy się obserwacjami. Szefowie tej naszej wąskiej specjalności z całego świata bywali u nas w Lublinie, ich przyjmowaliśmy, oni akceptowali nasze pomysły, dokonania, wyniki naszej żmudnej i odpowiedzialnej pracy. Akceptowali nasz program. A nasza praca ratowała i ratuje wciąż jeszcze jakże kruche ludzie istnienia. To nie była tylko myśl, lecz wcielanie jej w realia chorych, uzależnionych osób.

Mimo że jestem laikiem w Pańskiej dziedzinie, to wydaje mi się, że wspomniani przez Pana Doktora główni „realizatorzy” procesu leczenia uzależnień od narkotyków i leków na waszym oddziale – to tak wysoko cenieni przez Pana psychoterapeuci. Bo właśnie oni są solą detoksu, który nie jest przecież tym samym, co toksykologia…

– Owszem, Oddział Detoksykacyjny i Oddział Toksykologii to dwa zupełnie różne miejsca realizujące odmienne cele leczenia. Oddział Toksykologii bezpośrednio ratuje życie – usuwa toksynę z organizmu i stabilizuje stan fizyczny pacjenta w ciągu kilku dni. Nasz Oddział Detoksykacyjny robi coś zupełnie innego: nie leczy samego zatrucia w takim znaczeniu. Jest to miejsce, do którego pacjent trafia nie dlatego, że „musi”, lecz dlatego, że chce. A leczenie tu ma charakter dobrowolny i wymaga motywacji do rozpoczęcia procesu zmiany. Tutaj pacjent po raz pierwszy zostaje sam na sam ze sobą – bez narkotyku, który wcześniej „wyłączał” cierpienie i trud, dawał szczęście. Nagle wszystko wraca: cierpienie psychiczne i fizyczne, pustka, strach i bezradność wobec rzeczywistości, której pacjent często nie potrafi udźwignąć „na trzeźwo”. Farmakoterapia na Oddziale Detoksykacyjnym pełni jedynie funkcję wspierającą – leki łagodzą objawy, ale nie zdejmują ciężaru „trzeźwienia”. Nie ma „magicznej tabletki”, która sprawi, że pacjent „wyzdrowieje”. Najważniejszą rolę dla niego odgrywa psychoterapeuta. To on towarzyszy pacjentowi w bolesnym konfrontowaniu się z rzeczywistością, z tęsknotą za substancją, z poczuciem straty i pustki. Terapeuta pomaga uzależnionemu zobaczyć świat takim, jaki jest – bez znieczulenia – oraz zmierzyć się z wewnętrznymi demonami, mechanizmami ucieczki i trudnymi emocjami, których wcześniej nie dało się udźwignąć bez substancji psychoaktywnych. To właśnie w relacji terapeutycznej pacjent uczy się akceptacji, odpowiedzialności i stopniowego przygotowania do całkowitej zmiany dotychczasowego stylu swego życia oraz sposobu myślenia. Detoks na oddziale – to znacznie więcej niż „odtrucie z substancji”. To jest droga do świadomej trzeźwości i wzięcia odpowiedzialności za siebie oraz za swą dalszą terapię. Nie chodzi tylko o to, by usunąć substancję z ciała, lecz by pomóc człowiekowi stanąć twarzą w twarz z życiem – już „bez znieczulenia”.

Czy dziś ktoś gdzieś naśladuje dokonania Pańskie i Pańskiego Zespołu?

– Zazdroszczą nam. W zasadzie zawsze mieliśmy bardzo dobre wsparcie we władzach województwa, które rozumiały istotę i ważkość problemu. O co poprosiłem, było realizowane, lecz to, niestety, skończyło się jakieś… 10 lat temu. A z początkiem obecnego stulecia w sumie zaczynało się już różnie dziać w tej dziedzinie. Ale gdy wprowadzaliśmy program metadownowy, to musieliśmy rozwiązać kwestię umiejscowienia go, lokalizacji w konkretnych pomieszczeniach. Zaproponowałem nasz oddział i na szczęście ówczesny dyrektor naszego szpitala zaakceptował ten pomysł, tylko pod warunkiem, aby jednostka nie ponosiła dodatkowych kosztów z tego tytułu. Podobnie było z poradnią na ul. Karłowicza. Ale nie obawiałem się o brak funduszy, gdyż te miałem z ONZ-u. A gdy okazało się, że program jest bardzo skuteczny, to i ówczesny NFZ bez problemu zaczął nas wspierać. No i na tej zasadzie trwa kontynuacja tej współpracy, choć już zubożona.

Na czym polega dzisiejsza niepewna sytuacja waszego oddziału, gdzie leży sedno problemu?

– Nastawienie licznych nieleczniczych podmiotów do pacjenta było znacznie bardziej życzliwe. Obecnie królują finanse, a oddział ma nie przynosić strat. Nie musi zarabiać – jak słyszę od pewnego czasu –  lecz nie może generować strat. My w Lublinie mamy, niestety, w NFZ znacznie niższą tzw. „stawkę punktową” [umowna wartość świadczeń medycznych – red.] za nasze usługi niż Warszawa, więc dlatego trudno być nam jednostką przynoszącą zyski. A dlaczego? Odpowiedź brzmi: „Bo w Lublinie jest taniej”. Ale ratujemy ludzkie życie. Przyjeżdżają do nas pacjenci z Gdańska, z Łodzi, z Krakowa. Lecz gdybyśmy przestali działać, to osobom uzależnionym pozostaną jedynie drogie ośrodki prywatne, na które znakomitej większości absolutnie nie będzie stać. Być może będzie czekała ich śmierć. Od ponad 10 lat dominuje presja przenoszenie wprowadzonych przez nas działań w kierunku praktyki prywatnej, domyślam się, iż głównie z powodów finansowych. Istniały poradnie specjalistyczne, ale w pewnym momencie wszystkie zostały zlikwidowane i przypisane do szpitali, aby – wydaje się – lekarz pracujący na oddziale pełnił jednocześnie rolę pracownika poradni. Lecz nie mam pojęcia, jak można być w dwóch miejscach jednocześnie? Niestety, tak to zostało zorganizowane. I politycy, liczni decydenci, całą winę przerzucają na nas – pracowników medycznych. A w jaki sposób ja mam być w danym momencie na oddziale, gdy jestem w poradni? Na to pytanie już nie ma odpowiedzi ze strony tych, którzy decydują o pieniądzach. A od młodych specjalistów nie mogę wymagać, aby szli do poradni, gdzie np. ja za przyjęcie pacjenta otrzymuję dziś… 9,50 zł. I jak tę wielkość porównać do prywatnego gabinetu? Nigdzie na świecie nikt nie ma w danym momencie wszystkiego i to w najlepszym gatunku. I tak nigdy nie będzie. Ale to trzeba ludziom powiedzieć, nie wolno spychać winy na nas! Lecz władza obawia się powiedzenia tego otwartym tekstem. Póki co, jednakże jeszcze ratujemy naszych pacjentów, ratujemy ludzi.

A co z wirusami HIV i HCV? Jako społeczeństwo jesteśmy w niebezpieczeństwie w kontekście niepewnej sytuacji Oddziału Detoksykacyjnego?

– Jeśli te osoby od nas – psychoterapeutów, lekarzy, psychologów nie otrzymają wsparcia, to będą źródłem tych chorób. Tylko człowiek w miarę zorganizowany jest w stanie przestrzegać reżimu leczenia każdej choroby, jej śledzenia. Ale czy ktoś, kto jest narkomanem, myślącym tylko o tym, aby choć na chwilę poczuć się lepiej, to przestrzega leczenia? Dlatego do nas trafiają pacjenci naprawdę w różnym stanie. Nasz oddział ma na celu także poprawę stanu somatycznego uzależnionych. Cały czas brakuje nam personelu, ale z tym musimy jakoś sobie radzić, rozumiemy ograniczenia. Niestety, nie wszystko jest tak, jak tego życzylibyśmy sobie, ale jakoś „kombinujemy”, wiążemy koniec z końcem. Wiele osób, wielu cenionych dziś specjalistów, profesorów pracowało na naszym oddziale, tu zdobywali oni szlify, tu praktykowali, tu dla nich była szkoła profesjonalnego życia. Część tych osób została do dziś i robi to, co im najbardziej odpowiada i co odpowiada pacjentom. Część była dłużej, część zmieniła miejsce pracy. Nie wszyscy wytrzymują obciążenie psychiczne, a ja nie pracuję w trybie nakazowo-rozdzielczym, wszystkich rozumiem, staram się im pomagać, a oni potem gdzie indziej twórczo wykorzystują to, czego nauczyli się na naszym oddziale. Wszyscy są fachowcami i muszą realizować swoje umiejętności.

Czy na przestrzeni ostatnich czterech dekad były już próby rozwiązania waszego Oddziału Detoksykacyjnego?   

– Nie, nigdy takiej sytuacji nie przeżywaliśmy. Zawsze nas wspierano – bardziej lub mniej, pomagano nam. Z początkowych 6 łóżek dla pacjentów, zwiększono nam ich liczbę do 8, potem do 18, później aż do 20, a zasadzie do 25 obecnie. Cały czas w istocie pracowało się nam i nadal pracuje tak samo. Z tym, że dziś ten stan zaburza nam ta niepewność jutra. A w takim stanie gorzej się pracuje. Pracujemy w zespole, nie mamy jakichś nadzwyczajnych zebrań, odpraw, bo każdy jest profesjonalistą i wie, co należy do jego obowiązków. Jesteśmy ze sobą na co dzień, komunikujemy się na bieżąco odnośnie każdego pacjenta, konsultujemy się wzajemnie. Naczelnym zaś zadaniem jest ratowanie zdrowia i życia pacjentów. Mamy z nimi dobre relacje, co w ostatnich dniach szczególnie uwidacznia się. Pacjenci są świadomi, że gdybyśmy zniknęli z ich życia, to i oni będą mieli bardzo poważne problemy. Mają nas zawsze w zanadrzu, cały czas gotowi jesteśmy im do pomocy. Oni walczą zatem o swe życie, boją się, że gdyby nas zabrakło, to oni mogą z powrotem popaść w uzależnienie i już nie powrócić z jego czeluści.

A jak dziś ocenia Pan Doktor tych ludzi, z którymi Pan współpracuje na co dzień na swoim oddziale?

– Lepszych już nie możemy mieć, nie mógłbym sobie innych wymarzyć. To wyśmienici specjaliści, koleżanki i koledzy. Dotychczas nie zastanawiałem się nad tym, co osiągnęliśmy. Bo ciągle tylko do przodu, do przodu podążamy. I w tych warunkach, które aktualnie są nam dane. Bo przecież na to, co zewnętrzne, nie mam wpływu. Niestety. Dopiero teraz, w obliczu niepewności o jutro oddziału, pacjentów, personelu, zacząłem patrzeć wstecz. Marzę o stabilności dla oddziału. Nie myślę o zwiększaniu liczebności łóżek, gdyż z taką liczbą personelu, jaką obecnie dysponujemy, nie jesteśmy w stanie objąć fachową opieką większej liczby pacjentów. Nie możemy mieć zwiększanej ich liczby, gdyż nie będziemy w stanie poświęcać im należytej ilości czasu, poświęcić im należnej uwagi. A brak zainteresowania pacjentem implikuje jego słuszne żale, skargi na służbę zdrowia.

Czym chciałby Pan Ordynator zakończyć nasze spotkanie? Może jakimś apelem, przesłaniem?

– Nie. Ja dziękuję naszym… klientom, czyli naszym pacjentom. Bo oni teraz interesują się nie tylko sobą, nie tym, co mają „swoje”, nie tylko własnym „ego”. Ale zauważają coś dookoła. A to w ostatnich dniach jest bardzo widoczne, uwypukliło się. Stworzyliśmy wielki system w całym województwie. Bez detoksu nie da się tego systemu utrzymać. A jest on tego wart.

Panie Doktorze, spróbuję umówić się z Panem na kolejną rozmowę może za kwartał, licząc, że dzisiejsze zawirowania ustaną. Wtedy porozmawiamy o aktualnej sytuacji na Pańskim oddziale i jak ma się w danym momencie to Pana „dziecko”, ten system, który Pan stworzył i twórczo rozwija ze swymi współpracownikami, jakie perspektywy są przed nim i przed wami. Życzę Panu i całemu Pańskiemu Zespołowi spokoju i bardzo dobrej atmosfery w pracy, a Waszym pacjentom – udanego pokonywania swych trudności życiowych. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Tekst Leszek Mikrut

3 komentarze

  1. Władzy zależy aby społeczeństwo było uzależnione, pijane i naćpane. Łatwo takimi ludźmi kierować i wprowadzają chaos i problemy wśród normalnej części społeczeństwa. Jak się ludzie zajmą ćpunami to nie będą mieli czasu ani siły na troskę o swój kraj. Przykładem może być Kalifornia, Seattle – tam ćpunom dawali za darmo narkotyki + strzykawki i igły aby higienicznie się szprycowali. I co mamy po rządach lewaków? Całe ulice i dzielnice zombie. To są celowe działania. Potem jeszcze wpuszczą chordy imigrantów i normalni obywatele będą przemykać w strachu z domu do pracy bo ktoś na nich będzie musiał zasuwać. A policja? Cóż też ma być bezradna, czasem kogoś złapią a prokurator wypuści 🙂

  2. Ciekawy wywiad. Dobrze, że jeszcze są na tym świecie ludzie ktorym chce się robić coś pożytecznego, pomagać potrzebującym, eksperymentować z nadawaniem sensu bezsensownej egzystencji uzależnionych.

  3. Ocena: -2

    Osobiście uważam, że uznanie alkoholizmu, a przy tym i narkomanii za chorobę było wielkim błędem, dlatego „obyma rencyma” jestem za likwidacją owego Oddziału Detoksykacji. I nie pytajcie dlaczego, bo będę szpetnie klął.

Dodaj komentarz