Uszkodził znak i auto, po czym odjechał. Ucieczka przed odpowiedzialnością może słono kosztować
23:32 20-08-2026 | Autor: redakcja
Choć dziś kamery monitoringu można spotkać niemal na każdym kroku, wciąż nie brakuje kierowców, którzy po spowodowaniu kolizji odjeżdżają z miejsca zdarzenia, licząc na to, że uda im się uniknąć odpowiedzialności. Jak pokazuje kolejny przypadek z Białej Podlaskiej, takie przekonanie może okazać się bardzo złudne.
Do kolejnego tego typu zdarzenia doszło w ostatnich dniach na skrzyżowaniu ul. Pocztowej z ul. Budkiewicza w Białej Podlaskiej. Przed godziną 7 rano kierujący samochodem ciężarowym uszkodził znak drogowy oraz zaparkowany samochód. Następnie odjechał z miejsca zdarzenia.
Tego samego dnia do siedziby Straży Miejskiej w Białej Podlaskiej, w celu ustalenia okoliczności zdarzenia, zgłosili się funkcjonariusze Policji Bialskiej. Okazało się, że w tym przypadku miejski monitoring zarejestrował całe zdarzenie.
Operator monitoringu miejskiego przekazał policjantom zebrane informacje oraz materiały dotyczące kolizji. Dzięki temu ustalono okoliczności zdarzenia i kierującego odpowiedzialnego za powstałe szkody.
Mężczyzna odpowie teraz za spowodowanie uszkodzenia znaku drogowego oraz samochodu. Historia ta pokazuje jednak coś więcej: odjechanie z miejsca kolizji wcale nie musi oznaczać uniknięcia konsekwencji. W czasach, gdy przestrzeń publiczna jest coraz częściej objęta monitoringiem, ustalenie sprawcy może być możliwe nawet wtedy, gdy na miejscu nie ma bezpośrednich świadków.
Koszty mogą być znacznie większe, niż się wydaje
Wielu kierowców nie zdaje sobie również sprawy z tego, że w takich sytuacjach dochodzi również odpowiedzialność finansowa za spowodowanie szkody. Firmy ubezpieczeniowe występują bowiem do sprawcy z roszczeniem o zwrot wypłaconych pieniędzy, czyli tzw. regresem ubezpieczeniowym.
Dotyczy to również sytuacji, gdy kierowca prowadził pojazd w stanie nietrzeźwości lub po użyciu alkoholu, nie posiadał wymaganych uprawnień albo gdy nie miał obowiązkowego ubezpieczenia OC. W takich przypadkach fakt, że poszkodowany otrzymał odszkodowanie z polisy lub środki zostały wypłacone przez Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, nie oznacza, że sprawca może o całej sprawie zapomnieć.
Przeciwnie. Ubezpieczyciel lub UFG może domagać się od niego zwrotu wypłaconych świadczeń. A te, szczególnie w przypadku poważnych wypadków, mogą sięgać setek tysięcy, a nawet milionów złotych.
Rekord to 4,7 mln zł
Rekordowy regres wobec sprawcy wypadku bez ważnego OC wynosi obecnie 4,7 mln zł. Do tak ogromnego zadłużenia doprowadziło zdarzenie, które na pierwszy rzut oka mogło wyglądać jak zwykły błąd na drodze. Kierowca zmieniał pas z lewego na prawy i nie zauważył samochodu poruszającego się obok. W wyniku zderzenia drugi pojazd uderzył w barierę, a jego kierowca doznał bardzo poważnych obrażeń, w tym uszkodzenia rdzenia kręgowego.
Okazało się, że sprawca nie posiadał obowiązkowego ubezpieczenia OC. W tej sytuacji Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny wypłacił poszkodowanemu należne świadczenia, obejmujące m.in. odszkodowanie, zadośćuczynienie i koszty leczenia. Przyznana została również renta na zwiększone potrzeby poszkodowanego. Łączna wartość wypłat sięgnęła 4,7 mln zł. Teraz pieniądze te musi zwrócić sprawca.
Lepiej się zatrzymać, niż liczyć na to, że nikt nie widział
Przypadek z ul. Pocztowej i ul. Budkiewicza jest kolejnym przypomnieniem, że odjechanie po kolizji nie jest sposobem na rozwiązanie problemu. Monitoring miejski, kamery przemysłowe, monitoring na posesjach czy nagrania z samochodowych wideorejestratorów sprawiają, że ustalenie przebiegu zdarzenia jest dziś często znacznie łatwiejsze niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu.
Dlatego po spowodowaniu kolizji zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest zatrzymanie się i podjęcie odpowiednich działań niż próba ucieczki i liczenie na to, że sprawca pozostanie anonimowy. Bo kamera może nie tylko zarejestrować moment kolizji. Może również sprawić, że kierowca, który chciał uniknąć odpowiedzialności, bardzo szybko zostanie ustalony.