25 lat temu w lubelskim FSC zakończono produkcję żuka. Eksportowano je nawet do Egiptu, Kolumbii i Kuby (zdjęcia)
17:56 13-02-2023 | Autor: redakcja
Dokładnie 25 lat temu, w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie zakończyła się produkcja samochodów marki Żuk. Ostatni pojazd zjechał z taśmy 13 lutego 1998 roku. Łącznie wyprodukowano 587 500 tych aut, które do dziś można spotkać na naszych drogach. Wciąż służą one m.in. rolnikom i ogrodnikom i nie zanosi się, żeby zostały odstawione w kąt. Wszystko dlatego, że użytkownicy chwalą je sobie za prostotę konstrukcji, a jeżeli już dochodzi do awarii, bez problemu są one usuwane na miejscu przy pomocy najprostszych narzędzi. Na rynku wtórnym nie brakuje także zarówno pojazdów, jak też części zamiennych. Co ważne, są one łatwo dostępne i tanie.
Historia żuka sięga roku 1956, kiedy to w lubelskiej Fabryce Samochodów Ciężarowych rozpoczęto prace nad nowym lekkim samochodem dostawczym. Miał on zarówno zapełnić lukę w polskim przemyśle motoryzacyjnym, jak też sprostać dużemu zapotrzebowaniu na tego typu auto, a jednocześnie być dostosowanym do realiów powojennej Polski. Ekipa konstruktorów, którymi dowodził początkowo inż. Roman Skwarek, a następnie inż. Stanisław Tański, posłużyli się podzespołami samochodu osobowego Warszawa M-20. W 1957 roku gotowy był już prototyp, którego nazwano Żuk A 03. Oficjalna prezentacja miała miejsce rok później na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Społeczeństwu auto zaprezentowano podczas corocznej defilady 1 maja.
Seryjna produkcja ruszyła 24 lipca 1959 roku. Do napędu żuka służył czterozaworowy, dolnozaworowy silnik, taki jak w warszawie. Miał pojemność 2120 cm3 i maksymalną moc 54 KM. Umożliwiało to rozpędzenie auta do 90 km/h, średnie spalanie wynosiło około 13-15 litrów na 100 km. Kabina pasażerska przystosowana była do przewozu dwóch osób a powierzchnia przestrzeni ładunkowej wynosiła prawie 4 metry kwadratowe co pozwalało na przewóz maksymalnie 900 kg ładunku.
Żuki bardzo szybko stały się hitem zarówno w kraju jak i za granicą. Pojazdy eksportowano nie tylko do zaprzyjaźnionych krajów socjalistycznych takich jak ZSRR, Bułgaria czy Rumunia, lecz również do Egiptu, Ekwadoru, Kolumbii, Kuby a nawet do Norwegii.
W międzyczasie żuk przeszedł wiele modernizacji i stale był unowocześniany. Poprawiano elementy, które dawały się użytkownikom we znaki z powodu awaryjności, ulepszano kabinę dzięki czemu zapewniono kierowcom lepszy komfort, a także wzmocniono zawieszenie przez co zwiększona została ładowność. Prosta konstrukcja i brak problemów z naprawami, doskonale zdały egzamin nawet w trudnych afrykańskich warunkach. Sprawiło to, że żuki produkowano nawet w Egipcie pod nazwą ramzes. W szczytowym okresie powstawało 30 tysięcy pojazdów w ciągu roku.
Galeria zdjęć
(fot. lublin112)
Z tym hitem to bym nie przesadzał, zwyczajnie nie było czegoś innego.
Zawieszenie było na bazie Warszawy, zwyczajnie za słabe, potem niby poprawiono ale żadna konkurencja, poza ceną.
Chyba powinno być czterocylindrowy a nie czterozaworowy
Hitem to był Ursus C-330. To był naprawdę udany ciągnik. Zaprojektowany produkowany też w Polsce, dłużej chyba w Indiach.
Z niego możemy być naprawdę dumni.
W zawieszeniu były ciągłe luzy. Jak odebrałem nowego żuka z FSC to na Sławinku milicja już odebrała tymczasowy dowód za luzy w zawieszeniu. 30 punktów smarowania w zawieszeniu przednim. Tyle drążków i przegubów nie było w żadnym innym dostawczaku. W tym samochodzie milicja zawsze znalazła usterki zawieszenia.
Fakt dla milicji to był hit. Zawsze był na Żuku zarobek.
Wesoły żuk i ten pierwszy że zdiecia już ich gdzieś widziałem i jeszcze nysa z nimi jeździ.
Cieszyły się powodzeniem, bo konkurowały z nysami i tarpanami. Jak ruszył rynek używanych dostawczaków z zagranicy to było jak dwa różne światy. A i pamiętam ten hałas w żukach z silnikami diesla. Jak w odrzutowcu.
Niebezpieczne dziadostwo (wiem bo 2 razy zawodowi firmowi kierowcy wsadzili nas do rowu) a na mokrej bujnej trawie się ślizgało przy ruszaniu.
Wspaniała historia pisana w naszym mieście i tworzona przez naszych poprzedników. Z tej historii możemy być dumni a niedoskonałości no cóż należy przemilczeć. Niektóre zakłady na terenie Dawnej Fabryki obecnie produkują serce bije więc jest nadzieja że jeszcze kiedyś nadejdą lepsze czasy.
Luzy i wyciek oleju na wale od str. sprzęgła , bo tam był poprostu knot z sznurka azbestowego , tak to prawda , wystarczył śrubokręt , młotek i wszystko się naprawiało od ręki , palił jak smok , olej brał nawet po kapitalnym remoncie silnika , ech 15 lat się turlałem to znam jego od kaźdej strony.
Tysiące ton towaru dziennie rozwoziły.